Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miasto. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miasto. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 grudnia 2014

Barcelona all about Gaudi /Europa/

No więc jesteśmy w Barcelone. Barcelona is all about Gaudi. Z ostatniej wizyty w tym mieście nie pamiętam go aż tak. Wtedy Gaudi był dla mnie jedynie szybkim spojrzeniem na Sagrada Familia i wizytą w Parku Guell. Wielki Gaudi. Nie został mi w głowie, nie zastanawiałam się wtedy nad tym jak bardzo zdominował to miasto, co zarzucają mu niektórzy. Nie pamiętam za dużo Gaudiego, a jednak pamiętam jego oryginalność. Wtedy mnie zachwycił, chociaż wiem, że liznęłam go tylko trochę. Tym razem ma być trochę inaczej. W planach mamy zobaczenie budynków – Casa Batllo, La Pedrera, Casa Sant Vicenz. Chcę porównać wyobrażenie o wspaniałym Gaudim z rzeczywistością Barcelony. Nie wiem, czy Iza z Kubą będą podzielać mój entuzjazm, ale nie mają wyboru – jestem tak zdeterminowana, że nie ustąpię.



 Mamy szczęście, bo z Vic, w którym prze 2 dni gościł nas Kuba, zabiera nas Xavi. Xavi jedzie do pracy w Museo CosmoCaixa, położonym bardzo blisko Parku Guell (oczywiście dzieła wielkiego Gaudiego). W muzeum zostawiamy duże plecaki i resztę zbędnego balastu – tak przygotowani, z aparatem i mapą – wyruszamy, by poznać stolicę Katalonii. Biorąc pod uwagę fakt, że Barcelona jest ogromna, a jej charakterystyczne punkty rozsiane niemal po całym mieście – postanawiamy skorzystać z okazji, że jesteśmy tak blisko i obieramy azymut na rzeczony park. Nie znamy dokładnej drogi, sprawdzamy tylko w którą stronę się kierować. Mamy dwie mapy, które w labiryncie ślepych uliczek i zaułków na nic się zdają. Postanawiamy więc wypróbować starą i sprawdzoną taktykę - „koniec języka za przewodnika”. 



 Jesteśmy głodni, zbliża się 12, a my ciągle kluczymy między uliczkami, pnąc się w górę. Po drodze kupujemy owoce, fuet (rodzaj suszonej, pleśniowej kiełbasy, bardzo popularny w Katalonii) i bagiety. Od przyjazdu do Hiszpanii tak właśnie wygląda większość naszych posiłków. Czasem fuet zastępujemy chorizo, ale bazujemy na mięsie i bagietkach – najtańsza i najszybsza forma wyżywienia. Czasem, by urozmaicić posiłek - do kanapek dodajemy ogórka. Na deser często jemy owoce, których na szczęście w Hiszpanii nie brakuje. Tak zaopatrzeni mamy nadzieję zjeść to wszystko w pięknej scenerii parku Guell. Kiedy jednak kluczymy między uliczkami, a nasze brzuchy wołają o litość – znajdujemy mały skwer z charakterystycznym dla miasta poidłem i na betonowej ławce, z widokiem na pobliskie śmietniki. Musimy wyglądać żałośnie, ale w ogóle nas to nie rusza - zaspokojenie głodu wygrywa z poczuciem estetyki. 



 Kiedy wznawiamy poszukiwania i po jakimś czasie docieramy na miejsce – Iza jest zawiedziona. No tak, park posiada oryginalną architekturę, widać w nim zamysł artysty, ale prawdziwa zieleń, jaką znamy z parków np. w Polsce tutaj zastąpiona jest przez bardziej tropikalną roślinność, niestety w wielu przypadkach nie zieloną a żółtawą. Być może gdyby przed rokiem nie zamknęli wstępu do najpiękniejszej części parku – z najdłuższą na świecie mozaikową ławką, salą kolumnową i niesamowitą fontanną-jaszczurką – park zrobiłby większe wrażenie. Ja z poprzedniej wizyty zapamiętałam go niemal tak samo. To co rzuciło mi się w oczy w 2010 roku i moim zdaniem stworzyło w dużej mierze klimat parku – udało nam się napotkać również tym razem. Muzycy w kolorowych strojach, grający rodzaj orientalnej dla naszego polskiego ucha muzyki, połączenie folkowych katalońskich rytmów i swoistego reggae zrobili wrażenie również na wybrednych Izabeli i Kubie. 



 Dużym plusem Parku Guell, który bez wątpienia rekompensuje długość dojazdu tam, jest jego położenie – ze wzgórza Tibidabo, na którego zboczu leży park rozpościera się świetny widok na całe miasto, a przy dobrej widoczności też morze. Z lekkim uśmiechem na ustach przyglądam się topografii miasta i wyłapuję charakterystyczne punkty, widziane z oddali – długie, przechodzące przez całe miasto ulice – Diagonal, gdzieś w oddali Ramblas i Marina, Katedrę Sagrada Familia z otaczającymi ją dźwigami budowlanymi, dwa wieżowce przy turystycznej części plaży i wreszcie Krzysztofa Kolumba, witającego statki wpływające do portu. 



Wychodząc z Parku Guell robimy jeszcze oczywiście pamiątkowe zdjęcia – brama z zachwycającymi budynkami, Jasiem i Małgosią, to bez wątpienia dobre miejsce na pamiątkowe focie jeśli ktoś nie chce płacić za wstęp do najładniejszej części - stąd najwięcej widać. 


 Po nieco krytycznym podejściu moich współtowarzyszy do parku Guell cieszy mnie fakt, że na kilka następnych dni dajemy sobie spokój z Gaudim - no tak - mamy większe problemy - pierwszej nocy nie mamy gdzie spać po tym jak znajoma znajomego zostawia nas na lodzie. (Jest godzina 19, robi się ciemno, my nie mamy stałego łącza internetowego i wszystko wskazuje na to, że będziemy spać na plaży.) Ale o tym w innym poście - wróćmy do Gaudiego i naszych planów. 

 Ostatniego dnia pobytu w Barcelonie zaplanowaliśmy wycieczkę z cyklu Free walking tour śladami Gaudiego. Niestety - w wyniku dziwnego zbiegu okoliczności na Free walking tour nie poszliśmy chociaż pan przewodnik wydawał się najmilszym człowiekiem na ziemi. Postanowiliśmy zrobić sobie własną wycieczkę śladami Gaudiego. Casa Batlló od którego zaczęliśmy nasz spacer wydaje się być chatką rodem z bajek o czarownicach, wróżkach i śpiących królewnach. Mieniący się w słońcu wszystkimi kolorami tęczy, trochę przypominający smoka, trochę rybę płynącą w bystrym strumieniu, budynek zdaje się udowadniać, że wszystko jest możliwe, szczególnie w tym mieście, przepełnionym architekturą Gaudiego. 



 Choć mogłabym cały dzień siedzieć na ławce przed Casa Batlló i podziwiać kolorowe łuski (nie mówię o wejściu do środka, bo to kosztowne, chociaż pewnie podziwianie wnętrz zaprojektowanych przez architekta byłoby bardzo inspirujące), to jednak czas trochę goni, wyciągam więc plan miasta i zaznaczając markerem kolejny punkt na trasie wycieczki popędzam moich towarzyszy, wygrzewających się w słońcu. 



 La Pedrera, o której wiele słyszałam i po której wiele się spodziewałam - miała nas zachwycić. Byłam niemal pewna, że tak się stanie, ale oczywiście - biednemu zawsze wiatr w oczy, La Pedrera w remoncie. Na miejscu widzimy tylko dużą plandekę imitującą elewację. 



Bez większych sentymentów idziemy dalej, w stronę katedry Sagrada Familia, czyli miejsca, który chyba każdy kojarzy z Barceloną. Owa katedra, której budowa rozpoczęła się w 1882 roku, nie bez powodu stała się symbolem Barcelony. W pierwotnym zamyśle autora miała być zwieńczeniem jego dorobku, najwspanialszym dziełem, jakie stworzyły ludzkie ręce. Historia pokazała, że projekt przeżył architekta, dzieło życia Gaudiego cieszy się sławą, co roku rzesze turystów i pielgrzymów przybywają do słynnej świątyni Świętej Rodziny. 



Ja jednak widzę w tym wszystkim pewien problem. Bo fakt faktem - budynek jest monumentalny (stojąc pod nim nie można go objąć wzrokiem, a żeby go podziwiać w całej okazałości trzeba spojrzeć z dystansu), symbolika zaskakuje bogactwem treści, a całość - chociaż potężna - wydaje się koronkowym dziełem, tak delikatnym jak zamki z piasku na plaży. To wszystko prawda, nie da się ukryć. Ale rzeczą, która mnie niepokoi jest fakt, że w budowanej katedrze miasto i inwestorzy nie widzą już budowli sakralnej, a sposób na biznes.



 Przewodnik, którego mieliśmy okazję posłuchać na miejscu pokusił się o stwierdzenie, że inwestycja przedłużana jest tylko po to, by ludzie chcieli przyjeżdżać do Barcelony co kilka lat i kupować bilety sprawdzając co przez te lata zostało zrobione. Smutna konkluzja - dzieło przerosło mistrza, a potem zostało wystawione na giełdę turystycznych "must to see" razem z setkami straganów, milionami kolorowych magnesów i pocztówek. 



 Jest w mieście jeszcze jedno miejsce, które architekt naznaczył swoim piętnem i które może nie przypomina monumentalnej Sagrady Familii ani bajkowego Casa Batlló, ale mnie urzeka jego magia. Magia ta wynika chyba z jego egzotyki. Chodzi mi o Placa Reial z cudownymi latarniami zaprojektowanymi przez Gaudiego. Jeśli będąc w Barcelonie nie traficie prędzej czy później na ten "Królewski Plac" to ominie Was delikatna kwintesencja Gaudiego w tym urokliwym mieście.



 Takiego Gaudiego zapamiętaliśmy z wizyty w Barcelonie - wspaniałego, ale majaczącego gdzieś w tłumie turystów i kolorowych bibelotów. Być może mamy takie wrażenie, bo w żadnym z miejsc nie pochyliliśmy się i nie zbadaliśmy historii tego dzieł, przechodząc tylko obok i irytując tłumem turystów. Być może jego architektura - na pewno bardzo specyficzna - wymaga chwili refleksji, o którą było nam ciężko na pulsujących tłumem i upałem chodnikach Barcelony. I być może też na tym właśnie polega Gaudi i cała Barcelona - by wracać i próbować na nowo odkryć tajemnicę. A jedno jest pewne, jak pisałam na początku tego posta: Barcelona is all about Gaudi i bez wątpienia nie mogłaby istnieć bez niego, a gdyby nawet istniała, to straciłaby bardzo dużo na swojej magii i oryginalności. 



 Moi towarzysze nie zachwycili się aż tak jakbym tego chciała zarówno samym Gaudim jak i stolicą Katalonii, ale konkluzja z naszych wspólnych rozmów była następująca: trzeba tam jeszcze wrócić i spróbować odkryć to wszystko na nowo.

czwartek, 20 listopada 2014

Wenecja Ameryki, czyli o słonecznym Los Angeles /USA/






O ile w Chicago czułyśmy się nieco jak w domu, odwiedzając brata (co poniekąd było prawdą, bo przecież podróżowałyśmy z Gosią, siostrą Pawłao tyle wizyta w L.A. kojarzy mi się nieco z odwiedzinami u dawno niewidzianego kuzyna. Wszystko za sprawą Patryka, którego znalazłyśmy w odmętach internetów poniekąd przez przypadek. Będąc w Stanach byłyśmy królowymi wspaniałych, szczęśliwych przypadków! Przypadki takie właśnie jak wspaniała gościna w domu Patryka i jego mamy Kasi w Encino dała nam masę pozytywnej energii na dalszą podróż :) A jak wyglądał nasz pobyt w Mieście Aniołów? 




Z lotniska O’Hare leciałyśmy jedynie jakieś 4 godziny, a jednak cały dzień, rozpoczęty w Chicago i zakończony w L.A. (po odwiedzeniu Santa Monica i Venice) trwał dla nas wieczność - tak, tak, zmiana czasu, słońce -  byłyśmy wykończone. Kiedy Patryk wiózł nas do swojego położonego w Encino apartamentu - nie potrafiłyśmy docenić tak bardzo jak na to zasługiwał niesamowitego widoku wzgórz Californii roztaczającego się po obu stronach autostrady. Chociaż byłyśmy zachwycone to pewnie ten zachwyt byłby dużo większy bez towarzyszącego mu zmęczenia. A pierwszy dzień spędzony w L.A. obfitował w emocje! Po szybkim śniadaniu nasz gospodarz zabrał nas na plażę w Santa Monica - słońce, złoty piasek, fale i widoczne na horyzoncie zabudowania domów bogatych mieszkańców słonecznego wybrzeża. Na pewno pamiętacie te seriale, których akcja toczyła się w małych bądź większych miejscowościach nad oceanem, a bohaterowie po lekcjach jeżdżą dużymi autami na plażę, by serfować, a wieczorami urządzają sobie na tej plaży duże imprezy. Nie chcę przesadzać, ale biegając po plaży tak właśnie się czułam! 




Po krótkiej chwili spędzonej na plaży i molo w Santa Monica postanowiliśmy udać się w stronę Venice Beach, czyli -  w opinii wielu osób - najbardziej kolorowego i magicznego miejsca w całej Californii. Chociaż przez Ocean Front Walk szliśmy w pełnym słońcu ponad kilometr – było warto! Ja ze swoją fascynacją ruchem hipisowskim byłam pod wrażeniem! Kolorowe stoiska z ręcznie robionymi ozdobami, uliczni artyści, ludzie jeżdżący pośród tłumu na rolkach, grajkowie i palacze zagadujący przechodniów – zupełnie inny świat! Do tego nieodzowne w Mieście Aniołów, dla niektórych będące symbolami szczęścia - spotykane na każdym kroku dobrze zbudowane, umięśnione, ładnie opalone ciała - na wrotkach, rolkach, rowerach, hulajnogach, deskorolkach - pełen wachlarz środków ekologicznego transportu! LA to przecież pożywka dla kultu ciała - przemysł filmowy, ładna pogoda, plaże i możliwość uprawiania wszelkiego typu sportów.  Patrząc na tych wszystkich opalonych ludzi, których jedynym problemem wydaje się to gdzie zjeść obiad i czy następnego ranka pójść na jogę czy basen - marzy mi się tu zostać, wiodąc beztroskie życie.  





 Będąc w Los Angeles koniecznie trzeba wybrać się na Venice Beach, ale dobrze byłoby, żeby ta pulsująca oparami marihuany plaża nie przesłoniła nam jeszcze jednego ważnego miejsca, znajdującego się niemal o krok. Mam na myśli swoistą Wenecję Californii, odpowiednik włoskiej Wenecji, sieć kanałów ciągnących się pomiędzy budynkami. Dojazd do posesji tylko łódką, urokliwe mostki i letnie ogrody w których wieczorem musi być magicznie - idealne miejsce, żeby się w nim kiedyś zestarzeć. Gdybym miała taką możliwość - chciałabym jeszcze wielką biblioteczkę książek, przyjaciół wpadających na wieczorne przyjęcia i zdecydowanie Venice byłoby spełnieniem moich marzeń. 




Pierwszy dzień w L.A. minął nam bardzo przyjemnie, a gdyby tego było mało - w domu naszych gospodarzy czekało na nas ukoronowanie tego dnia - lampka wina, truskawkowe szaleństwo i długie, ciekawe rozmowy i wszystkim i o niczym. Dla takich chwil i dla takich ludzi zdecydowanie warto podróżować!




wtorek, 12 sierpnia 2014

Chicago - wielkie miasto i wino na wysokości /USA/

Chicago to dla nas pierwsze zetknięcie z dużym miastem w Ameryce. Po trzech miesiącach w lesie - wielkie centrum miasta przytłacza nas tak, że przez długi czas wyglądamy przez okno i wydajemy z siebie jedynie dźwięki zachwytu - jakieś 'ochy' i 'achy'. Trochę to irracjonalne, ale po odcięciu od cywilizacji, które zaserwowały nam "dzikie" przestrzenie Wisconsin taki natłok betonu i miejskiego zgiełku zdecydowanie przytłacza i zachwyca. Wysokie budynki przyprawiają o zawrót głowy, błyszczące w promieniach słońca szyby gwarantują nam obraz niczym z filmów o złudnym "american dream", a rzeczywistość dookoła wydaje się mało prawdopodobna. No tak, zderzenie z miejską dżunglą. 



Kierując się z River Grove - położonego niedaleko lotniska O'Hare - na południowy wschód w stronę centrum Chicago mijamy cały przekrój społeczeństwa Chicago. River Grove, a szczególnie sąsiedztwo Pawła, którego dom "okupujemy" przez kilka dni, zamieszkuje wielu Polaków. Okolica jest cicha i spokojna, jak to na przedmieściach. Jeździ tu tylko jeden autobus, w dodatku dość rzadko. Ale brak komunikacji rekompensują wielkie przestrzenie - typowe przedmieście, małe ganeczki, ogródki, pas zieleni z dwóch stron chodnika, boiska i parki w pobliżu.  Im dalej w głąb miasta tym przestrzeń zagęszcza się, ulice są coraz węższe, budynki coraz wyższe, tłum gęstnieje, a sznurek samochodów stających przed światłami wydłuża się.  




Ciekawią nas grupy mijanych po drodze ludzi, o których opowiada Paweł. Im bliżej centrum tym szybciej zmienia się krajobraz za oknem, zabudowania nabierają innego charakteru, a pieszych obserwowanych zza szyby - mam wrażenie - mogłabym pogrupować i dopasować do konkretnego typu zabudowy. Mam świadomość, że daję się ponieść dużym uproszczeniom, ale to co widzę za oknem idealnie współgra z upraszczającą rzeczywistość historią Pawła: bliżej przedmieść odsetek ludności czarnej i latynoskiej większy, a budynki wydają się biedniejsze - niższe, bardziej obskurne, często zabite deskami. Na ulicy, którą jedziemy, przeważają second-handy i tanie supermarkety.  W miarę zbliżania się do The Loop, która swoją nazwę (The Loop = Pętla) bierze od otaczającej tę najstarszą część miasta pętli kolejki nadziemnej, kolor skóry przechodniów zmienia się na biały, budynki wydają się mniej zniszczone, otoczenie zadbane. Coraz wyższa zabudowa podpowiada, że jesteśmy coraz bliżej drapaczy chmur widzianych wcześniej na horyzoncie.  





Pierwszy spacer po głównej metropolii Illinois zaczynamy z miejsca, z którego rozciąga się najbardziej charakterystyczny dla Wietrznego Miasta widok.  Nie jest co prawda najbardziej spektakularny widok, z jakim miałam do czynienia w Chicago, ale o tym później. W chwili obecnej jesteśmy przy planetarium Adlera nad jeziorem Michigan i nie możemy powstrzymać się przed sesją zdjęciową - jak się potem okaże - jedną z wielu. Bo zdjęć z naszej podróży po Stanach przywiozłyśmy kilka tysięcy. Samo planetarium jest najstarszym działającym obecnie obiektem tego typu na świecie, ale na pewno do niego nie wejdziemy - jest już wieczór, planetarium jest zamknięte. Poza tym Paweł, w którego śpimy, przygotował dla nas na ten wieczór jeszcze kilka atrakcji. 



Po chwili spędzonej nad jeziorem Michigan kierujemy się w stronę Millenium Park, przechodząc przez zielone parki i skwery - powstały w 1934 roku Chicago Park District. Mam wrażenie, że Chicago jest miastem, w którym to połączenie udało się szczególnie (wyraźnie widać to właśnie w okolicach jeziora, gdzie spacerujemy) - parki wchodzą w przestrzeń miejską z dużą gracją, a spacerując zielonymi alejami co krok spotykamy fontanny, pomniki i budowle, które przypominają, że jesteśmy w dużym mieście i to mieście nie byle jakim, bo w słynnej amerykańskiej metropolii - Wietrznym Mieście. Idąc w stronę Millenium Park przychodzimy przez Grant Park, gdzie zachwyca nas pewna fontanna. Trafiamy na nią przypadkiem, ale bardzo szybko ją rozpoznaję - to Buckingham Fountain! Każdy, kto w późnych latach 90. oglądał telewizyjne sitcomy bez wątpienia ją skojarzy, była bowiem gwiazdą czołówki jednego z takich seriali - Świata według Bundych!  Chyba nie muszę nikomu mówić, jaki uśmiech na mojej twarzy wywołał ten fakt :) 



Kolejne miejsce na naszej trasie to Millenium Park - stosunkowo młody (otwarty  został w  2004 roku!), ale rozwijający się bardzo prężnie - jest to miejsce licznych koncertów, pikników i imprez plenerowych, gdzie przy otwartym amfiteatrze całe rodziny rozkładają koce, kosze piknikowe i uczestniczą w wydarzeniach kulturalnych. Szkoda, że w naszym rodzinnym Krakowie taki sposób spędzania wolnego czasu nie jest bardziej popularny - myślę, patrząc na biegające między koszami dzieci i ich rodziców, pijących (w miejscu publicznym, w Polsce mandat murowany!) wino.  



Chociaż klimat nastraja do pozostania i celebrowania koncertu jakiegoś meksykańskiego zespołu, który właśnie występuje na scenie - my idziemy dalej - w miejsce, którego główna atrakcja od kilku lat pretenduje do miana prawdziwego symbolu Chicago i - nie ma się co oszukiwać - ma spore szanse, by takim symbolem się stać. Mówię oczywiście o The Cloud Gate, zwanym potocznie Fasolą. Chociaż niektórzy - szczególnie mieszkańcy Chicago - są bardzo negatywnie nastawieni do tego ciekawego punktu na mapie miasta (z premedytacją piszę "punktu", bo nie wiem, czy tę kilkumetrową bramę w kształcie fasoli, w której - dzięki tafli przypominającej lustro - odbija się wszystko dookoła nazwać pomnikiem, rzeźbą, czy jeszcze inaczej) to nam bardzo się spodobał. Nie ma chyba osoby, która była w Chicago w ciągu ostatnich kilku lat i nie zrobiła sobie z rzeczoną fasolą zdjęcia - odbijające się w niej budynki, szczególnie podczas zachodu słońca wyglądają niesamowicie. I chociaż mnie osobiście odczucia mieszkańców związane z The Bean przypominają uczucia Krakowian względem słynnej "Głowy": Erosa Bendato Igora Mitoraja na Rynku Głównym - z chęcią pozuję do sesji zdjęciowej, w końcu jesteśmy w Chicago turystkami, a to bez wątpienia spora atrakcja turystyczna.  





Jesteśmy już zmęczone, bo chociaż po raz pierwszy od długiego czasu miałyśmy okazję porządnie się wyspać - pełne wrażeń popołudnie szybko wyssało z nas wszystkie siły. Ale jeszcze nie czas wracać do domu - nasz gospodarz proponuje nam "must see" Chicago - spojrzenie na miasto z góry. Ponoć robi wrażenie. Orientowałam się wcześniej w możliwościach wjazdu na górę i nie jestem specjalnie zainteresowana. 19 dolarów za wejście na Skydeck - szybę zawieszoną na wysokości 430 metrów w Willis Tower nie zachęca, nawet jeśli bierzemy pod uwagę fakt, że Willis Tower jest drugim co do wysokości (po One World Trade Center) budynkiem w Stanach. Ale okazuje się, że nie do Willis Tower jedziemy. Paweł zabiera nas do John Hancock Observatory. A kiedy udajemy się w stronę kas i z ciekawością zerkamy na cennik - Paweł odciąga nas na bok mówiąc, że ma lepszy pomysł. Kierujemy się w stronę wind - nasz plan na resztę wieczoru to Signature Room - restauracja umieszczona na 95 piętrze obserwatorium, z której roztacza się widok na miasto.  



Po drodze dowiadujemy się, że obserwatorium mieści się na 94 piętrze, my wjeżdżamy windą na 95, jesteśmy więc wyżej niż ludzie, którzy kupują bilet! Wychodzimy z windy, naszym oczom ukazują się eleganckie stoliki, ale nagle stajemy bez ruchu, patrząc w dal. Widok za oknem.. zapiera dech w piersiach! Oszklone ściany, a za nimi niesamowity krajoobraz miasta widzianego z góry po zmroku - BEZCENNE! W dodatku po chwili, kiedy znajdują dla nas stolik (i to w jakim miejscu! w samym rogu, tak że mamy widok na miasto, wybrzeże i bezkres Jeziora Michigan!), możemy usiąść i rozkoszować się widokiem - czujemy się fenomenalnie! Po krótkim namyśle zamawiamy desery i wino. Bardziej ekonomicznie niż kupno biletu do obserwatorium, a w dodatku możemy podziwiać widok i raczyć się smakołykami tak długo jak chcemy! Zwiedzając miasto na własną rękę nigdy nie wpadłybyśmy na coś takiego - dzięki Ci Paweł! Wieczór w Signature Room to pierwszy raz kiedy w Chicago słyszymy język polski - i to od dwóch różnych grup ludzi obok nas. Kolejne dni przyniosą nam więcej spotkań z językiem polskim, co potwierdzi tezę, że Chicago to wyjątkowa ostoja Polski w świecie. Czy dobra? O tym w kolejnym poście. Tymczasem w Willis Tower, racząc się winem, czujemy się niesamowicie, a  kiedy przypominamy sobie, że to dopiero pierwszy dzień naszego zwiedzania Stanów - nie możemy w to uwierzyć i cieszymy się jak dzieci, które właśnie zaczynają swoje wakacje. Tylko w naszym przypadku będą to wakacje życia!